Tagi

, ,

Miałem zamiar napisać o Zimplu i kumplach po tym jak zobaczę zespół na żywo. Ale zaraz zaraz, przypomniało mi się, że miałem już tę przyjemność, a raczej namiastkę. To teraz dostanie się OFF-festiwalowi, przepraszam – festivalowi. Gdyby nie Hera wśród zespołów zaproszonych na imprezę w 2013 roku nie wiem czy pojawiłbym się w Katowicach, a nie mam tak blisko. Jakieś 500 km. Więc jestem, stoję w upale, 13:30, koncert Hery zaplanowany na 15 (dobrze że nie na 11.00). Wkurwienie sięga zanitu, coś się zapsuło, nie można mnie zarejestrować. Jakaś wtyczka wypadła. Nie wiadomo. Na koncercie Hery melduję się na ostatnie 15 minut. Kończą. Wychodzę. Łzy w oczach. Grolsch wielkości małej pepsi i smaku mamucich szczyn nie pomaga. Nieważne.

HERA!

  550559_366582243391473_1173215278_n

Podstawowy skład:

Waclaw Zimpel – bass clarinet, tarogato, harmonium, trombita

Paweł Postaremczak – tenor sax, soprano sax, prepared piano, fujara

Ksawery Wójciński – double bass, cello Paweł Szpura – drums

Paweł Szpura – drums

Zespół ma w dorobku 3 płyty, i to jakie. Uwielbiam kiedy muzyka powstaje tu i teraz. Właściwie mam wrażenie, że to najcenniejsze w muzyce, najcenniejsze i najprawdziwsze. Robert Fripp powiedział kiedyś, że najlepsza muza powstaje wtedy kiedy to spontaniczna siła kieruje poczynaniami muzyków, a nie odwrotnie. Podpisuje się. I chyba nie tylko ja.

„A co będzie, jeśli pozwolimy narodzić się muzyce, damy jej miejsce i poczekamy co się stanie” – zapytał klarnecista Wacław Zimpel tworząc projekt.

Mimo fantastycznych trzech krążków Hera to rasowy skład koncertowy. Muzycy wchodzą w trans wciągając w ten muzyczny stan zgromadzoną publikę. Pierwsza płyta wydana w 2010 roku pod tym samy tytułem. „Where my complete beloved is” ukazuję się rok później. Oba krążki to zapisy koncertów, tak samo jak trzeci, na którym chcę się dziś skupić, gdyż obecnie jestem pod największym wpływem tej muzy. To wydana w 2013 roku „Seven Lines”, gdzie skład Hery powiększył, związany z Chicago, amerykański perkusista Hammid Drake. Płyta zaczyna się spokojnie, nawet relaksacyjnie, tak jakby muzycy robili miejsce dla swojego gościa. Drugi utwór to braterski lament dwóch instrumentów. Zawodzący klarnet Zimpla miesza się z saksofonem Postaremczaka. Szlochające dźwięki zamieniają się stopniowo w dziką improwizację, po czym następuje kulminacja płyty, trochę odbiegający od całości „Temples Of Tibet”. Mocno medytujący utwór pozwala nam przenieść się do tybetańskiej świątyni i wygodnie się rozsiąść. Natomiast kiedy Hammid zaczyna śpiewać niczym Afrykański szaman jesteśmy już na zupełnie innym kontynencie.

Całość zamyka kompletnie improwizowany Afterimages. Instrumenty błądzą trochę po omacku aby pięknie zakończyć motywem Zimpla wygrywanym na początku utworu. Panie i Panowie pora zapodać trochę HERY.