Tagi

,

Kiedy spotykam się z info w sieci na temat tej płyty za każdym razem przewijają się niezbyt optymistyczne określenia jak „zapomniana”, „najbardziej niedoceniana”. Czas z tym skończyć. Jest to genialny album i może rzeczywiście nie od razu znalazł swoich odbiorców jednak moim zdaniem, po latach znajduje się na zasłużonym miejscu. To instrumentalne eldorado, które świetnie opisuje ludzkie emocje. Album został nagrany w błyskawicznym tempie czego o dziwo nie słychać. Mówi Bob Jackson, wokalista i klawiszowiec: „To było bardzo emocjonujące doświadczenie. Byliśmy zupełnymi żółtodziobami jeśli chodzi o pracę w studiu. A Trident było wtedy jednym z największych i najlepszych. Nasz budżet nie był jednak wielki, dlatego nie przysługiwał nam luksus spędzania wielu dni na dopracowywaniu dźwięku, kolejnych i kolejnych powtórzeniach, etc. Pracowaliśmy więc szybko, pozwalając sobie na jedną, góra dwie próby na każdy podkład. Ja grałem na Hammondzie, overdubbing partii strunowych robiłem na mellotronie. Później wokal i tyle.

webcam-toy-foto2

Black Sabbath czy Indian Summer, taki dylemat miał szef wytwórni który obserwował obie kapele. Pewnie wiecie jak wybrał. We wanna be free….stawiam na Indian Summer!